Wykładowcy na świecie

Maria Elżbieta Sajenczuk: Mój pierwszy lektorat – Hanoi, Vietnam

  Początek pracy z przygodą

  Lektorką języka polskiego jako obcego zostałam we wrześniu 1975 r. Pamiętam, jak 1-ego września stawiłam się do pracy i zaczęłam chodzić na lekcje prowadzone przez doświadczonych nauczycieli. Po raz pierwszy miałam do czynienia z cudzoziemcami, studentami różnych ras i kultur. Studium Języka Polskiego dla Cudzoziemców znajdowało się wtedy w pięknym i mądrze zaprojektowanym budynku. Był tam dziesięciopiętrowy hotel dla studentów z czytelnią, klubokawiarnią, salą telewizyjną i stołówką; gabinetem internistycznym, dentystycznym i zabiegowym; aula, która służyła jako miejsce akademii, egzaminów końcowych, zabaw studenckich i balów oraz kino; a także był obok niższy trzypiętrowy budynek, w którym oprócz sal lekcyjnych był przestronny pokój nauczycielski, biblioteka, gabinet metodyczny, laboratorium językowe, gabinet dyrektora, wicedyrektorów i sekretariat. Cały kompleks specjalnie zaprojektowany dla cudzoziemców był zbudowany z cegły. Obok znajdował się niewielki park im. Matejki, gdzie nasi studenci przychodzili po lekcjach na odpoczynek.
  Rok 1975 obfitował w różne wydarzenia o światowym zasięgu. W Afryce kończyła się epoka dekolonizacji – Kuba i Związek Sowiecki pomagały Angoli w uzyskaniu niepodległości od Portugalii, a na Półwyspie Indochińskim w Wietnamie trwał od 1963 r. konflikt między dwoma wietnamskimi państwami Demokratyczną Republiką Wietnamu popieraną i wspomaganą przez Związek Sowiecki i Republikę Południowego Wietnamu będącą w strefie wpływów USA. Sowiecki umacniał swoje wpływy na terenie Indochin od zakończenia II wojny światowej. Po ostatecznym wycofaniu wojsk amerykańskich z Wietnamu Południowego 30.04.1975 r. i proklamowaniu jednego zjednoczonego państwa - Socjalistycznej Republiki Wietnamu, komuniści sięgnęli po władzę także w Laosie i Kambodży.
  Co ja o tym wtedy wiedziałam? To, co szeroka opinia publiczna mówiła – że Wietnam to bardzo biedny, ale waleczny kraj; że walczy o niepodległość z Amerykanami, którzy zasypują pola uprawne trującym detergentem „Orange” i używają napalmu przeciw cywilnej ludności. Wiele pisała o wojnie wietnamskiej Monika Warneńska, która jeździła do Wietnamu jako reporterka i pisała z entuzjazmem o swoich podróżach.
  W połowie września 1975 r. kiedy już zaczęłam uczyć się języka polskiego jako obcego, zostałam wezwana do gabinetu dyrektora Studium, dr Witolda Dembowskiego. Dyrektor powiedział, że pani Katarzyna Budzianka (nie znałam jej, jak większości nauczycieli Studium...) nie może kontynuować pracy na lektoracie w Hanoi z powodów zdrowotnych i czy ja nie chciałabym pojechać w jej miejsce. „Niech pani sobie to przemyśli”, dodał. „Panie dyrektorze, przecież ja dopiero przyszłam do pracy.... Nie umiem uczyć... nie znam języków obcych oprócz rosyjskiego ze szkoły, uczyłam się angielskiego w Empiku, ... nigdy nie byłam za granicą oprócz Lwowa....” Przeraziłam sie myśląc także o napalmie i detergencie Orange. „Nie szkodzi, powiedział dyrektor, język rosyjski wystarczy, uczyć się Pani nauczy, a my tutaj mamy taki problem! Nikt nie chce pojechać do Wietnamu, wszyscy chcą do Europy. Niech Pani idzie na lekcje, ale na pewno wrócimy do tej rozmowy”.
  Niedługo potem znów zostałam zaproszona do gabinetu dyrektora i wtedy zauważyłam, że przy owalnym stole konferencyjnym siedzieli poloniści studyjni, kolejni zapełniali miejsca dookoła. Dyrektor rozpoczął: „Drogie koleżanki i koledzy, zaprosiłem Was wszystkich, aby porozmawiać o lektoracie języka polskiego w Wietnamie. Jak wiecie koleżanka Katarzyna Budzianka wróciła z Wietnamu i nie może tam wrócić z powodów zdrowotnych... Bardzo proszę, aby ktoś z Państwa zdecydował się, bo stracimy placówkę w Hanoi. Są w Polsce uniwersytety zainteresowane tym wyjazdem, na przykład Wrocław, Lublin.” Następnie dyrektor zwracał się do wszystkich po kolei: Kolego, koleżanko – może pani, może pan pojedzie?”. Wszyscy odmawiali... Kiedy wychodzili, zatrzymał mnie: „Widzi pani, jak wygląda sytuacja... wiem, że pani nie jest przygotowana; przyjęliśmy Panią do pracy z etatu administracyjnego, po studiach wieczorowych, niech Pani nam pomoże uratować placówkę, niech Pani się wykaże...”. Tak, rzeczywiście było – przerwałam filologiczne studia stacjonarne i poszłam do pracy. Studia dokończyłam w 1974 r. pracując w Instytucie Filologii Polskiej UŁ jako starsza referentka w sekretariacie prof. Henryka Skwarczyńskiego, historyka literatury polskiej. W 1974 r. w czerwcu obroniłam pracę magisterską „Taczka occiarza” Merciera w teatrze Bogusławskiego. Egzamin magisterski zdawałam u prof. Anieli Kowalskiej - historyka literatury polskiej i prof. Marii Kamińskiej – językoznawcy... Praca była oceniona bardzo dobrze, ale nie miałam szans na kontynuowanie swoich teatralnych zainteresowań.
  Po odbyciu dwutygodniowego stażu u pani Ireny Katz, poszłam do drugiej znakomitej polonistki pani Domiceli Jezierskiej, która została moją opiekunką na dłuższy czas. Pani Domicela była autorką Kursu wstępnego języka polskiego dla cudzoziemców (1975) oraz współautorką tekstów medycznych. Pod jej kierunkiem pisałam konspekty lekcji. Byłam też na wykładach z metodyki nauczania języka polskiego jako obcego u doświadczonych nauczycieli dla nowoprzyjętych pracowników Studium. Uczyłam się nauczania JPJO z pomocami dydaktycznymi. Czytałam programy nauczania. Zapisałam się na kolejny kurs języka angielskiego.
  Niewątpliwie czas, w którym rozpoczęłam pracę w Studium, był okresem jego największego rozwoju, jak też i ugruntowaniem pozycji tej instytucji w Polsce i zagranicą; świadczy o tym liczba podręczników, prac naukowych i studentów zadowolonych z przygotowania do studiów w Polsce...
  1 października dostałam własną grupę – tzw. politechniczną, składającą się z różnych narodowości. Z pensum 540 g. w roku akademickim byłam bardzo zajęta. Często dawano mi dodatkowe zajęcia w innych grupach. Tymczasem środowisko poza Studium mówiło, że mam bardzo łatwą pracę, bo znam język polski, więc niczego nie muszę się uczyć, ani przygotowywać do zajęć.
  Oczywiście było to podejście osób, które nie wiedziały, czym jest nauczanie JPJO... Byłam przecież z wykształcenia literaturoznawcą, nie kończyłam specjalizacji językoznawczej. Musiałam nauczyć się gramatyki języka polskiego i metodyki nauczania go. Pamiętam, że po powrocie do domu codziennie siedziałam nad książkami i przygotowywałam się do zajęć. Robię tak do dzisiaj mimo, że mam wieloletnie doświadczenie.
  Sprawa wyjazdu na lektorat do Hanoi ucichła. Potem okazało się, że wyratowała mnie pani Barbara Machejko, polonistka, nasza wicedyrektor ds. studenckich. Zdecydowała się tam pojechać na 2 lata. Jednak dyrektor Dembowski nie zapomniał o mnie i wpisał mnie jako lektorkę w kolejce do Wietnamu po Barbarze. Barbarę zapamiętałam jako piękną kobietę z blond warkoczem, bo taką zobaczyłam ją kiedyś w Teatrze Studenckim Pstrąg w towarzystwie męża komentatora TVP w Łodzi. Próbowałam się do „Pstrąga” dostać, ale moja nieśmiałość i trema nie pozwoliły mi na występowanie na scenie. Barbara była bardzo energiczna, odważna i zdyscyplinowana. Cieszyła się wielka sympatią wśród studentów zagranicznych Studium.
  Później zawdzięczaliśmy Barbarze, że ten lektorat w Hanoi nie został decyzją MNSzWiT przekazany do UMCS w Lublinie.
  Więc Barbara pojechała, ale wróciła po dwóch latach akademickich w czerwcu 1977 r. i już nie było odwrotu, nie było możliwości odmowy, plan działał. Byłam zgłoszona do Ministerstwa Nauki Szkolnictwa Wyższego i Techniki na lektorat do Hanoi do Wyższej Szkoły Języków Obcych.
  Barbara powiedziała, co mam zabrać ze sobą; rower „Jubilat” z zapasowymi oponami, odpowiednie ubrania na chłodną i gorącą porę roku, buty, proszek do prania, mydło, szampon... Oprócz takich rzeczy osobistych musiałam wziąć podręczniki dla studentów wietnamskich, z których uczyliśmy w Studium i rzeczy oraz książki stanowiące mój warsztat pracy. I koniecznie maszynę do pisania i aparat fotograficzny. Zastanawiałam się, jaki to kraj, w którym nie ma podstawowych rzeczy do codziennego życia. „Nie bój się. To będą najpiękniejsze lata Twojego życia” powiedziała Barbara. Moja rodzina bardzo się martwiła, znajomi zastanawiali się, jak można decydować się na wyjazd do takiego biednego kraju, po niedawno zakończonych działaniach wojennych. Trzeba było zaczekać, mówili, popracować dłużej, nabrać doświadczenia i starać się o wyjazd do Europy Zachodniej. Lektoraty były utworzone w Finlandii, Danii, Szwecji, w Republice Federalnej Niemiec, we Francji, we Włoszech, w Wielkiej Brytanii i we wszystkich krajach obozu komunistycznego.

  Wyjazd do Hanoi

  Wszystkie formalności zostały załatwione przez ówczesne Biuro Współpracy z Zagranicą UŁ. 20 października 1977 r. odprowadzona przez najbliższą rodzinę, z duszą na ramieniu wsiadłam w samolot do Moskwy na warszawskim Okęciu pierwszy raz będąc na lotniku....Stamtąd poleciałam do Hanoi. Pamiętam przelot nad Bombajem nad ranem, kiedy samolot zniżał lot i zobaczyłam słynne bombajskie slumsy o zmierzchu budzące się do życia. Pamiętam do dzisiaj, że slumsy w kolorze sepii żyły, ruszały się, widziałam ludzi... Po godzinie postoju odlecieliśmy do Viengtiane, stolicy Laosu. Lotnisko laotańskie było małe, tak jak kraj, ale bardzo przytulne. Na tym lotnisku kupiłam drewnianą laleczkę, ale nie zwróciłam uwagi na godzinę odlotu. I kiedy siedziałam tam nie zauważyłam, że wokół mnie nie ma „moich” pasażerów. Nagle usłyszałam: “Passenger Miss Mariya Sadżentchouk, Mariya Sadżentchouk, Mariya Sadżentchouk, where are you, where are you, where are you? Airplane to Vietnam is waiting for you. Airplane can not fly, we are waiting for you!!!”
  Poderwałam się z fotela przerażona i pobiegłam do wyjścia.
  Za 3 godziny samolot wylądował na lotnisku w Hanoi. Zobaczyłam barak, kilka stojących samolotów, pas lotniczy i puste wyschnięte pole z wieżą nawigatora. Gdzie ja jestem? Czy to jest lotnisko? Gdzie jest miasto? W baraku przeszłam kontrolę paszportową i wyszłam na zewnątrz. Zobaczyłam w oddali czekającą Wołgę i idące w moim kierunku trzy osoby. Zaczęłam płakać... Gdzie ja przyjechałam? Co zostało z moich lektur Żuławskiego, Żukrowskiego, Wiernika, Warneńskiej? Czy autorzy pisali fikcję? Czułam się oszukana, ale wzięłam się w garść. „Tylko rok akademicki” , powiedziałam do siebie.
  Tymczasem podeszła do mnie pani Hoang Thu Oanh,– lektorka języka polskiego i pan Du – opiekun lektorów cudzoziemców.

Stowarzyszenie „Bristol” Polskich i Zagranicznych Nauczycieli Kultury Polskiej i Języka Polskiego jako Obcego



02-078 Warszawa, ul. Krzywickiego 34
Sekretariat:
tel. +48 (22) 625-42-53, +48 (22) 625-42-67
fax +48 (22) 625-75-23


Copyright © 2017 Stowarzyszenie „Bristol”
Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Nawigacja strony:

 

Organizacyjne: