"Nie można być osobą,
która wszystko wie najlepiej"

rozmowa z prof. Władysławem Miodunką

(przedruk za: Postscriptum 22)

- Panie Profesorze, czym jest Stowarzyszenie "Bristol" z Pańskiego punktu widzenia?

- W tym, co obecnie nazywamy Stowarzyszeniem "Bristol", spotkały się dwie idee. Najpierw idea zrzeszenia polonistów uczących języka polskiego jako obcego w Polsce. Z takimi propozycjami wychodziły różne ośrodki, zwracając uwagę na konieczność zjednoczenia się profesjonalistów i chronienia ich interesów. Potem powstała Grupa "Bristol". Zrodził się pomysł prof. Piriego z Glasgow, który na zjeździe w Warszawie zwołał polonistów zagranicznych (ale tylko zagranicznych) i chciał stworzyć grupę, która łączyłaby polonistów z zagranicy, walczyła o ich interesy, a także o interesy języka polskiego. W tej idei widziałem niezadowolenie z opieki władz polskich, które organizują zjazdy polonistów zagranicznych, co działo się jednak nieregularnie. Chodziło o to, żeby współpraca się zaczęła, żeby była solidna, żeby trwała, żeby spotkania były regularne, żeby ludzie się zorganizowali i wyszli z owej indywidualnej, samotnej walki o byt: o byt naukowy i o byt dydaktyczny, o wszystko, z czym boryka się polonista zagraniczny. W czasie zjazdu warszawskiego, kiedy zamykano spotkanie, zaprosiłem Grupę "Bristol" do Krakowa. Reszta jest znana z książki Nauczanie języka polskiego jako obcego, która stanowi zapis spotkania w Krakowie Przegorzałach we wrześniu 1996 roku.

W wyniku długiej, nocnej dyskusji ustalono, że rozwiąże się Grupa "Bristol" oraz stowarzyszenie polonistów polskich nauczających języka polskiego jako obcego i na to miejsce powstanie Stowarzyszenie "Bristol" Polskich i Zagranicznych Nauczycieli Kultury Polskiej i Języka Polskiego jako Obcego. Nazwa jest skomplikowana, ponieważ była rezultatem negocjacji obydwu grup: polonistów polskich uczących języka polskiego jako obcego i specjalistów zagranicznych. Chodziło o to, aby obydwie grupy były potraktowane równorzędnie i żeby język występował obok kultury. Polonista zagraniczny nie dzieli świata na język, kulturę, literaturę - uczy wszystkiego, czego uczyć musi. Niektórzy z naszych kolegów zajmują się bardziej kulturą niż językiem, zajmują się też tłumaczeniami i bardzo chcieli, żeby kwestia kultury została uwzględniona w nazwie. Myślę, że stowarzyszenie będzie znane po prostu jako Stowarzyszenie "Bristol" i to, jak sądzę, jest najważniejsze. W ciągu roku od spotkania krakowskiego udało się doprowadzić do zarejestrowania Stowarzyszenia. Stało się to, i uważam to za datę historyczną, 22 kwietnia 1997 roku w Warszawie. Potem w Łodzi 18 września 1997 odbyły się wybory władz. Teraz mamy stowarzyszenie, mamy przyjęty statut, mamy decyzję sądu, że stowarzyszenie istnieje i mamy władze stowarzyszenia. Tym, czego najbardziej potrzebujemy, jest informacja. Dlatego bardzo jestem Wam wdzięczny za tę inicjatywę, żeby przygotować informację o stowarzyszeniu, żeby dotrzeć z tą informacją do polonistyk zagranicznych. To sprawa ogromnej wagi.

Na wiosnę byłem na zjeździe polonistów amerykańskich, gdzie mówiłem o tym, że poloniści spoza Stanów organizują takie stowarzyszenie i że serdecznie ich do Stowarzyszenia zapraszają. Była to informacja przekazywana przeze mnie, nie chciałem się wtedy jakoś specjalnie w werbowanie do Stowarzyszenia angażować, bo nie byłem uprawniony do tego typu działań. Ogromnie zależało mi, żeby na II Forum Kultury Słowa był chociaż jeden polonista amerykański; przyjechał - z czego się bardzo cieszę - profesor Leonard Polakiewicz. Udział polonistów amerykańskich w pracach Stowarzyszenia jest trudny dlatego, że oni rozpoczynają zajęcia na początku września i w związku z tym nie mogą wyjeżdżać na konferencje. Myślę też o osobach z Ameryki Łacińskiej, które zajmują się nauczaniem języka i literatury polskiej, a z którymi mam kontakt. Myślę o pani Lili Żarnowski i o innych osobach z Australii, które powinny się do tej sprawy włączyć. Bardzo chciałbym pozyskać polonistów koreańskich. Nie możemy nikogo do niczego zmuszać, natomiast możemy zachęcać i pokazywać, że działamy wspólnie, że coś może z tego wyniknąć.

W moim przekonaniu dwa spotkania, które odbyły się w tym roku - spotkanie łódzkie1 i II Forum Kultury Słowa - były ogromnie ważne. Łódzkie dlatego, że było potwierdzeniem idei regularnych spotkań. Dziś możemy powiedzieć, że w ciągu trzech lat odbyły się spotkania w trzech różnych ośrodkach: w Warszawie, Krakowie i Łodzi. Następne spotkanie planujemy za dwa lata w Lublinie na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej, gdzie wszystkich zaprasza serdecznie prof. Jan Mazur. Będziemy tam mówić o nauczaniu na poziomie dla zaawansowanych i o polonistykach zagranicznych, co jest dziś sprawą ogromnej wagi. Jeśli chodzi o II Forum Kultury Słowa, to nie ma co ukrywać, że był to pomysł kilku entuzjastów (w tym entuzjastek z ministerstw: Edukacji Narodowej oraz Kultury i Sztuki), natomiast poloniści polscy przyjęli go bez specjalnego entuzjazmu, niektórzy wręcz uważali, że ta tematyka nie powinna się znaleźć wśród tematów podejmowanych na II Forum. Jednak upór pewnych osób nie pozwolił tej problematyki usunąć z programu i znalazła się ona na Forum, z czego się ogromnie cieszę. Nauczanie języka polskiego w świecie jest naprawdę na peryferiach zainteresowania polonistyki polskiej. Jak pokazało to spotkanie, niektórzy wręcz wyrzekają się wiedzy na ten temat; nie chcą wiedzieć i w rezultacie rzeczywiście nie wiedzą, że poza Polską znajduje się jedna trzecia ludzi, którzy znają język polski i w jakiś sposób czują się związani z kulturą polską.

To ogromny potencjał; język polski zajmuje istotne miejsce wśród narodów świata żyjących w diasporze. Nie możemy o tym zapominać. Z drugiej strony istnieje coś takiego jak solidarność zawodowa - poloniści, wszystko jedno polscy czy zagraniczni, powinni sobie pomagać. Poloniści zagraniczni mają pewien skrywany żal o to, że ich problemy były uważane za peryferyczne. Jakby ta problematyka była mniej ważna, gorsza, jakby oni sami nie byli takimi fachowcami jak poloniści polscy. Zdaję sobie sprawę, że to boli; rozumiem to, bo kiedy wróciłem z zagranicy, miałem do czynienia z taką samą sytuacją, wszyscy uważali, że to, co chcę robić, nie ma specjalnego znaczenia. A kiedy są wzajemne żale, najważniejszą rzeczą jest to, żeby znaleźć czas na rozmowę. W moim przekonaniu to się stało. Poloniści zagraniczni zobaczyli tego typu imprezę jak II Forum Kultury Słowa z bliska, uczestniczyli w niej; zobaczyli, że - niestety - rzeczywiście są tacy, których sprawy języka polskiego w świecie nie interesują, ale zobaczyli też, że są również ludzie, którzy z zainteresowaniem słuchali o sprawach nauczania polonistycznego za granicą.

Cieszyło mnie to, że nauczyciele polscy, którzy na obradach zostali, byli zafascynowani tą problematyką. Polacy po prostu nie wiedzą, jak ciekawe, jak dramatyczne, jak fascynujące są losy języka polskiego w różnych krajach - i na wschodzie, i na zachodzie. W moim przekonaniu trzeba o tym mówić, trzeba to ludziom uświadamiać. W niektórych najnowszych opracowaniach o tym się pisze, np. w Polszczyźnie końca XX wieku prof. Andrzeja Markowskiego jest rozdział poświęcony językowi Polonii, w książce prof. Grabiasa, która dotyczy zachowań językowych, też są partie dotyczące języka polskiej diaspory. To dobry znak: poloniści krajowi zdają sobie sprawę, ze poza ich oglądem, poza obszarem zainteresowania pozostała cała bogata sfera ludzi mówiących po polsku: Polaków i ludzi polskiego pochodzenia, o których warto wiedzieć więcej. Trzeba im uświadomić, że Japończyk, Koreańczyk, Amerykanin, Brazylijczyk, każdy, kto trafił do nas, szukając zrozumienia tego języka i tej kultury, powinien spotkać się ze zrozumieniem i serdecznym przyjęciem.

Język polski nie jest językiem światowym, ale należy do grupy języków etnicznych bardziej znaczących. Powinniśmy mówić o tym, uświadamiać to. Ta edukacja jest oczywiście inna - inna dlatego, że w niej chodzi o inne wybory, o wybory podstawowe: czy będę mówił po polsku czy nie, czy będę chciał się uczyć czy nie, czy będę chciał uczyć swoje dzieci języka polskiego, czy też będę się wstydził tego języka, bo będę uważał, że jest to garb, który mi ciąży, część tożsamości, od której chcę uciec? Ponieważ są to bardzo bolesne sprawy ludzkie, trzeba o nich mówić, bo to może pomóc ludziom w zrozumieniu siebie.

- Panie Profesorze, interesuje mnie Pana zdanie w pewnej kwestii, która została dzisiaj podniesiona przez panią Wiktorię Tichomirową, która mówiła o pokazywaniu kultury polskiej przez Rosjan. W odpowiedzi na ten głos pojawił się głos przeciwny. Co Pan Profesor o tym myśli? Czy jest to dobre dla kultury polskiej czy nie?

- Przede wszystkim chcę powiedzieć, że wszystko, co zostało stworzone przez pisarzy polskich a potem przetłumaczone, jest w istocie rzeczy własnością ludzkości. Np. studenci z Brasilii, stolicy Brazylii, z tamtejszej teatrologii wystawili sztukę Mrożka. Była to inna wersja tekstu. To jest zupełnie zrozumiałe, ponieważ oni czytają ten tekst przez pryzmat własnych, młodych, brazylijskich doświadczeń i przez pryzmat brazylijskiej kultury, swojej własnej mentalności. Zwracam na to uwagę, ponieważ często słyszy się, że my jesteśmy właścicielami naszego języka i kultury, co jest po prostu nieprawdziwe. Widziałem we Francji przedstawienie Emigrantów Mrożka, które mi się o wiele bardziej podobało od polskich przedstawień tej sztuki. Dlaczego? Bo Emigranci, których widziałem we Francji, to emigranci w ogóle. Tam sztuka ta była uniwersalna. Ktokolwiek wystawiał ją w Polsce, sprowadzał ją do satyrycznej wizji emigrantów polskich.

Nie możemy przywłaszczać sobie raz na zawsze naszych dzieł, musimy się liczyć z tym, że one będą wystawiane, będą pokazywane przez innych ludzi i ich wersja będzie inna. Oni mają prawo do tych dzieł, które są własnością całej ludzkości. Ilekroć chodzi o pokazywanie polskiej kultury przez Niemców z ich własną wizją tej kultury, czy przez Rosjan, zawsze dochodzi do różnego rodzaju spięć. Uważam, że wszyscy mają prawo próbować, a my potem możemy powiedzieć, co o tym myślimy.

W Instytucie staramy się, żeby studenci uczestniczyli w kulturze Polski, a nie tylko oglądali ją z zewnątrz jak turyści. Dlatego częścią naszego programu dla zaawansowanych są wizyty w teatrach, udział w różnego typu imprezach kulturalnych, które odbywają się w Krakowie, ale i teatr robiony po polsku przez samych studentów. Dodam, że najpopularniejsze są sztuki Mrożka, które są uniwersalne. Jednak wystawiali też Fredrę, który bardzo im się podobał. Musimy przyjąć, że nasza sztuka - tak jak francuska, niemiecka, amerykańska - mimo że nie jest sztuką światową, będzie interesować i przyciągać różnych ludzi.

- Czy nauczanie języka i kultury polskiej za granicą Polonii i cudzoziemców nie mających żadnych korzeni polskich jest dla nas równorzędnym zadaniem?

- Powiedziałbym nawet, że dla mnie osobiście uczenie ludzi niepolskiego pochodzenia jest ważniejsze. W 1979 roku jako pierwszy zwróciłem uwagę na to, że chcemy i będziemy przyjmować ludzi, którzy nie są polskiego pochodzenia. Najpierw byli to Amerykanie niepolskiego pochodzenia, a potem studenci z innych krajów. W moim przekonaniu ktoś, kto w ogóle nie ma polskich korzeni a zafascynował się kulturą polską, jest wart naszego zainteresowania. W Instytucie Polonijnym takie osoby były zwykle świetnymi studentami. Dla nich wyjazd do kraju, którego zupełnie nie znali, do kraju w istocie do dziś jeszcze egzotycznego, z trudnym językiem jest wielką przygodą. To świetni studenci i naprawdę z przyjemnością im pomagam. Jesteśmy otwarci na wszystkich ludzi, niezależnie od tego, skąd do nas przyjeżdżają.

Dwa lata temu w Szkole Letniej Uniwersytetu Jagiellońskiego najliczniejszą grupę stanowili Amerykanie, a drugą Koreańczycy niepolskiego pochodzenia. Ci niepolskiego pochodzenia, oddaleni od języka i kultury polskiej, to ludzie bardzo potrzebujący uwagi. Studenci z Dalekiego Wschodu przyjeżdżają właściwie z innej cywilizacji, oni wymagają dużo serca, dużo zrozumienia, dużo pomocy, co powinniśmy im dać.

- Czy początki zainteresowania Pana Profesora nauczaniem języka polskiego jako obcego to był przypadek, czy całkowicie świadomy wybór?

- Powiedziałbym, że i to, i to. Po ukończeniu studiów otrzymałem propozycję pracy na uniwersytecie, która spadła na mnie niespodziewanie. Propozycję tę otrzymałem od mojego promotora, prof. Mieczysława Karasia - dialektologa. Zastanawiałem się wówczas, co dalej będę robił. W ogóle nie widziałem siebie jako dialektologa; gołym okiem widać, że nim nie jestem. I wtedy profesor Stanisław Jodłowski zaproponował mi prowadzenie zajęć z metodyki nauczania języka polskiego jako ojczystego. Mimo że nie byłem w zakładzie metodyki, wciągnął mnie w zajęcia praktyczne. I wtedy uświadomiłem sobie, że chciałbym pomóc ludziom, którzy w jakiś sposób tej wiedzy językowej potrzebują. W ostatecznym podjęciu decyzji pomogło mi moje doświadczenie francuskie, czyli praca w latach 1973-1977 na Uniwersytecie Le Mirail w Tuluzie, gdzie studiowałem lingwistykę stosowaną u bardzo dobrych specjalistów francuskich. Moja grupa była zróżnicowana: Niemcy, ludzie z Madagaskaru, z Indii, z całego świata. To wydało mi się wtedy fascynujące. Uzyskałem dyplom i pomyślałem, że po powrocie do Polski zajmę się tą problematyką. Ale kiedy wróciłem, znalazłem się w sytuacji bez wyjścia, ponieważ wśród polonistów nikt nie chciał tego robić. I tu opatrzność mi pomogła; wypatrzył mnie profesor Hieronim Kubiak - socjolog organizujący Instytut Polonijny - i zaprosił do współpracy.

Podkreślam zawsze, że wiarę w sens nauczania języka polskiego jako obcego przywiozłem z Francji. Polacy mi jej nie dali, ale też mi jej nie odbiorą, mimo swojego pesymizmu. Ona nie stąd pochodzi, została przywieziona z zagranicy i jak dotąd - trwa. W 1980 roku, przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych, podjąłem decyzję, że definitywnie odchodzę z filologii polskiej i przechodzę do tego Instytutu. Wtedy poloniści pukali się w głowę mówiąc, że będę robił coś, co nie ma żadnego znaczenia, prestiżu, coś, co jest nikomu niepotrzebne. Teraz, siedemnaście lat później, mogę powiedzieć, że była to jedna z lepszych decyzji w moim życiu.

- W jakich krajach Pan Profesor uczył?

- Zwykle w swoich życiorysach podaję te kraje, w których pracowałem dłużej; bardzo istotna była dla mnie Francja. Mówię zwykle, że Miodunka wracał z Francji ten sam, ale zupełnie inny: bardzo zmieniony ze względu na to, czego się tam nauczył. Narodziłem się tam w pewnym sensie na nowo, mimo że byłem już po doktoracie i byłem już zaawansowany w studiach polonistycznych. Potem bardzo istotne było moje doświadczenie amerykańskie. Ameryka jest mimo wszystko krajem, który przez swoją wielokulturowość nadaje ton światu w wielu dziedzinach. Ciekawe były też moje doświadczenia w krajach mniej znanych - Australii czy Szwecji. I ogromna fascynacja moim ostatnim doświadczeniem - Brazylią. Pojechałem tam właściwie przez przypadek, bo nikt inny nie chciał. Cieszę się, że nauczyłem się w moim wieku języka portugalskiego. Teraz czekam na publikację w "Przeglądzie Polonijnym" zbioru prac O nowe spojrzenie na Polonię brazylijską. Uważam, że to, co pisali nasi historycy i socjologowie, nie znając tamtejszej Polonii, jest prawdziwe, ale spóźnione o jakieś pięćdziesiąt lat. Dlatego ciekawe były moje kontakty z młodymi Brazylijczykami, to, że mogłem przetłumaczyć ich prace i opublikować w Polsce.

Myślę, że nauczanie języka polskiego jako obcego jest fascynujące; nawet gdyby nie wyjeżdżała Pani z Katowic albo z Cieszyna, czy ja z Przegorzał, to świat będzie przyjeżdżał do nas. Jest tylko jeden warunek: żeby móc z tego świata skorzystać, nie można traktować studentów jak numerów na sali, z którymi nie ma się kontaktu. Musimy ich traktować jak ludzi, którzy czegoś szukają. Trzeba być osobą, która też czegoś w życiu szuka, nie ma gotowych odpowiedzi i jest przygotowana na poszukiwania z nimi. Trzeba być partnerem w kontaktach, a nie osobą, która wszystko wie najlepiej.

Rozmowę przeprowadziła Jolanta Tambor
Tekst opracowała Jagna Malejka

  1. Mowa o spotkaniu 18 września, które odbyło się w przeddzień konferencji "Polonistyczna edukacja językowa i kulturowa cudzoziemców. Poziom średni: stan obecny - problemy - postulaty", zorganizowanej od 19 do 21 września 1997 przez Studium Języka Polskiego dla Cudzoziemców Uniwersytetu Łódzkiego.

Prof. Władysław Miodunka jest prezesem Stowarzyszenia "Bristol", dyrektorem Instytutu Polonijnego UJ w Krakowie i przewodniczącym Komitetu badania Polonii PAN. W 1997 roku otrzymał dyplom ministra spraw zagranicznych za zasługi w promowaniu kultury polskiej w świecie.

Jest autorem i redaktorem wielu prac naukowych: Teoria pól językowych (1980), Language and Nation (red., 1987), Podstawy leksykologii i leksykografii (1989), Język polski w świecie (red., 1990), Język polski jako obcy. Programy nauczania (red., 1992), Masters, teachers and pupils. Polish education abroad (1994), Nauczanie języka polskiego jako obcego (red., 1997). Jest także autorem pomocy do nauczania języka polskiego jako obcego: Polska po polsku (razem z J. Wróblem, 1986), Prononciation polonaise pour les francophones (1987), Cześć, jak się masz? (1993, 1996), Let's learn Polish (podręcznik do programu wideo, cz. I i II, 1996).